Nie da się podczas jednego wyjazdu na Kretę zobaczyć wszystkiego. Po prostu nie da. Zatem i ja podczas mojej wielkiej włóczęgi musiałam przyjąć pewne priorytety i przeznaczyć 'na Chanię' tylko jeden wypełniony atrakcjami po brzegi dzień. Wcześniej planowałam siadać i spisywać wszystkie moje doświadczenia każdego kolejnego wieczora, ale tak naprawdę nie ma na to czasu! Marzy się tylko, by odkrywać, zwiedzać i pochłaniać każdy fragment miast i wiosek spotkanych na swej drodze...
Chania uznawana jest przez wielu za najpiękniejsze miasto na wyspie, co skutkuje tłumem podróżnych i zapchanymi ulicami, a zatem zwiedzanie i podziwianie jest mocno utrudnione. Kto by więc łaził i przeciskał się przez te maleńkie uliczki, skoro można beztrosko spędzić czas, delektując się filiżanką kreteńskiej kawy... a potem spisać wszystkie spostrzeżenia na kawałku serwetki.
Po pierwsze, kawa na Krecie jest droga. Fantastyczne espresso w Tazza d'Oro w Rzymie kosztuje 80 eurocentów. Zwyczajne espresso w tawernie na kreteńskiej wsi kosztuje 2,5 euro, a na pewno nie jest to kraj kawy. Kawę zamawiałam w kilku Tawernach, ale greek coffee spróbowałam dopiero w kultowej tawernie Amphora.
Kawę po grecku przyrządza się jak kawę po turecku. Właściwie to jest to samo. I nic w tym dziwnego. Taka Kreta na przykład była najeżdżana przez Turków dziesiątki razy, okupowali wyspę kilkaset lat budując meczety i wycinając w pień miejscową ludność. Ale to raczej temat na innego bloga...
Wracając do kawy po grecku. Przyrządza się ją w specjalnym tygielku zwanym briki. Wlewa się do niego tyle filiżanek wody, ile chce się przyrządzić. Następnie wsypuje po łyżeczce kawy na filiżankę oraz tyle cukru, ile dusza zapragnie, miesza się na średnim ogniu, do momentu aż się rozpuści, a następnie doprowadza się ją do wrzenia. Kiedy pojawi się kożuch, odstawia się kawę na bok na minutę, a następnie rozlewa do filiżanek. Wersja dłuższa mówi: po zagotowaniu zestaw na minutę, potem znowu doprowadź do wrzenia, zestaw, mieszaj, znowu postaw i doprowadź do wrzenia, następnie ściągnij pianę i włóż do każdej filiżanki, po czym zamieszaj kawę i wlej do filiżanek.
Ufff. Trochę się trzeba narobić. Jakby tego było mało, są cztery rodzaje kawy po grecku, w zależności od zawartości cukru. Jest więc sketos - mocna kawa bez cukru, metrios - średnio mocna z jedną łyżeczką, następnie słodka glykis lyb wręcz ulepek czyli veri glykis, aż po glykis vrastos - słodką, gotowaną więcej niż jeden raz.
Nie wiem, którą opcję wybrali w tawernie, w której zamówiłam kawę, ale jedno jest pewne: nie była ona ani mocna, ani nie była słodka, a fusy były drobne i twarde niczym piasek. Mimo, że na co dzień raczej nie będę się delektowała tego typu kawą, w tamtym klimacie i tak przyrządzona, bardzo przypadła mi do gustu.
Polecam przyrządzanie kawy po grecku w domowym zaciszu. Największym atutem tej kawy - poza tym, że stawia na nogi - jest sam rytuał jej przyrządzania. A popijając tak przygotowany napój, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i powtarzajcie sobie - jak Kreteńczycy - Siga, siga!
piątek, 7 sierpnia 2009
Kreteńskie impresje
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
ja tam umiem greek coffee zrobić :D a po niej na sniadaniu mam motyw TURBO :D
Prześlij komentarz