poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Wszędzie dobrze...

To już moi drodzy ostatni wpis na tym blogu. Wczoraj rano pożegnałam się z Kretą. W ostatniej chwili ograbiłam ją jeszcze z kilku badyli rosnących przy lotnisku (souveniry... ;-) i ruszyłam w drogę powrotną. Pomijając mały moment zawahania, gdy Pani przy odprawie radośnie stwierdziła, że nie ma mnie w systemie i nie lecę, to całość minęła całkiem spokojnie.

Żałuję, że nie przywiozłam do domu wyłącznie dobrych wspomnień, aczkolwiek mam nadzieję, że i z tego wyciągnę odpowiednie wnioski. Cieszę się, że choć przez chwilę mogłam się dzielić z Tobą tym, co udało mi się przeżyć, a przy okazji dziękuję Ci, że wytrzymałeś ze mną tak długo.

Poniżej zamieszczam trasy moich wycieczek, z zaznaczonymi punktami, w których naprawdę było warto spędzić czas, natomiast wszystkie wykonane przeze mnie zdjęcia można obejrzeć na: annaafek.dphoto.com

Tak więc już oficjalnie mogę 'on-crete.blogspot.com' uznać za zamknięty.

χαιρετισμούς!






sobota, 8 sierpnia 2009

Ta ostatnia... sobota...

Będąc w Rethymnonie trzeba koniecznie odwiedzić kilka miejsc... Bez wątpienia najokazalszym z nich jest Fortezza. Ta potężna budowla, o obwodzie prawie 1400m, uchodzi za największą twierdzę, jaką kiedykolwiek zbudowali Wenecjanie. Z jej murów rozciąga się wspaniały widok na miasto i wybrzeże. Jest tam również amfiteatr, w którym miałam okazję spędzić wspaniały wieczór Mantadina, pełen tańców, poezji i kreteńskich opowieści...

Przed wejściem do Fortezzy, w budynku dawnego więzienia, znajduje się Muzeum Archeologiczne. Zgromadzono w nim eksponaty pochodzące z różnych epok: od późnominojskiej aż do okresu grecko-rzymskiego. W pobliskim Porcie Weneckim, który kiedyś był przystanią dla okrętów Republiki Weneckiej, obecnie 'parkują' jachty i kutry rybackie. Niewielki basen portowy otaczają półkoliście kamieniczki z pięknymi fasadami. Praktycznie w każdej z nich jest tawerna, gdzie wystawione na zewnątrz stoliki zapraszają przechadzających się gości.

Na południe od Fortezzy i Portu Weneckiego rozciąga się przepiękna starówka, z dziesiątkami wąziutkich uliczek, zaprojektowanych tylko dla ruchu pieszych. Obecnie jedynymi pojazdami, które mogą się tam poruszać są rowery (nieliczne) i skutery. Rano jest tu dość spokojnie, ale gdy zostaną otwarte sklepy, to aż do wieczora panuje spory ruch. Życie starego miasta koncentruje się wokół fontanny Rimondi znajdującej się na północnym skraju placu Petichaki. Wędrując dalej na południe ulicą Antistaseos dociera się do granicy Starego Miasta. Na końcu ulicy znajduje się jedyny zachowany fragment weneckich murów miejskich - brama nazywana Porta Guora. To właśnie w tej okolicy mieszkam. Część miasta za tą bramą to współczesne centrum Rethymnonu. Niedaleko znajduje się targ z owocami, warzywami, rybami, mięsem, ziołami... Naprzeciw jest Ogród Miejski, zacieniony wysokimi palmami, gdzie można zobaczyć kozy Kri-Kri. W drugiej połowie lipca w parku odbywa się Festiwal Wina. Jaka szkoda, że właśnie rozpoczął się sierpień...

Rada? Uważaj na osły w centrum miasta. Potrafią szybko biegać.



piątek, 7 sierpnia 2009

Kreteńskie impresje

Nie da się podczas jednego wyjazdu na Kretę zobaczyć wszystkiego. Po prostu nie da. Zatem i ja podczas mojej wielkiej włóczęgi musiałam przyjąć pewne priorytety i przeznaczyć 'na Chanię' tylko jeden wypełniony atrakcjami po brzegi dzień. Wcześniej planowałam siadać i spisywać wszystkie moje doświadczenia każdego kolejnego wieczora, ale tak naprawdę nie ma na to czasu! Marzy się tylko, by odkrywać, zwiedzać i pochłaniać każdy fragment miast i wiosek spotkanych na swej drodze...

Chania uznawana jest przez wielu za najpiękniejsze miasto na wyspie, co skutkuje tłumem podróżnych i zapchanymi ulicami, a zatem zwiedzanie i podziwianie jest mocno utrudnione. Kto by więc łaził i przeciskał się przez te maleńkie uliczki, skoro można beztrosko spędzić czas, delektując się filiżanką kreteńskiej kawy... a potem spisać wszystkie spostrzeżenia na kawałku serwetki.

Po pierwsze, kawa na Krecie jest droga. Fantastyczne espresso w Tazza d'Oro w Rzymie kosztuje 80 eurocentów. Zwyczajne espresso w tawernie na kreteńskiej wsi kosztuje 2,5 euro, a na pewno nie jest to kraj kawy. Kawę zamawiałam w kilku Tawernach, ale greek coffee spróbowałam dopiero w kultowej tawernie Amphora.

Kawę po grecku przyrządza się jak kawę po turecku. Właściwie to jest to samo. I nic w tym dziwnego. Taka Kreta na przykład była najeżdżana przez Turków dziesiątki razy, okupowali wyspę kilkaset lat budując meczety i wycinając w pień miejscową ludność. Ale to raczej temat na innego bloga...

Wracając do kawy po grecku. Przyrządza się ją w specjalnym tygielku zwanym briki. Wlewa się do niego tyle filiżanek wody, ile chce się przyrządzić. Następnie wsypuje po łyżeczce kawy na filiżankę oraz tyle cukru, ile dusza zapragnie, miesza się na średnim ogniu, do momentu aż się rozpuści, a następnie doprowadza się ją do wrzenia. Kiedy pojawi się kożuch, odstawia się kawę na bok na minutę, a następnie rozlewa do filiżanek. Wersja dłuższa mówi: po zagotowaniu zestaw na minutę, potem znowu doprowadź do wrzenia, zestaw, mieszaj, znowu postaw i doprowadź do wrzenia, następnie ściągnij pianę i włóż do każdej filiżanki, po czym zamieszaj kawę i wlej do filiżanek.

Ufff. Trochę się trzeba narobić. Jakby tego było mało, są cztery rodzaje kawy po grecku, w zależności od zawartości cukru. Jest więc sketos - mocna kawa bez cukru, metrios - średnio mocna z jedną łyżeczką, następnie słodka glykis lyb wręcz ulepek czyli veri glykis, aż po glykis vrastos - słodką, gotowaną więcej niż jeden raz.

Nie wiem, którą opcję wybrali w tawernie, w której zamówiłam kawę, ale jedno jest pewne: nie była ona ani mocna, ani nie była słodka, a fusy były drobne i twarde niczym piasek. Mimo, że na co dzień raczej nie będę się delektowała tego typu kawą, w tamtym klimacie i tak przyrządzona, bardzo przypadła mi do gustu.

Polecam przyrządzanie kawy po grecku w domowym zaciszu. Największym atutem tej kawy - poza tym, że stawia na nogi - jest sam rytuał jej przyrządzania. A popijając tak przygotowany napój, rozsiądźcie się wygodnie w fotelu i powtarzajcie sobie - jak Kreteńczycy - Siga, siga!



czwartek, 6 sierpnia 2009

Gdy się tęskni

Z Podręcznika Małego Pocztowca

Pocztówka to kawałek papieru, który z jednej strony przedstawia jakiś temat, a z drugiej pozwala zawrzeć pisemny komunikat. Ów kawałek papieru służy do przesyłania go innej osobie.

Papier
Podstawowy składnik pocztówki. Gramatura papieru wykorzystywana do produkcji widokówek jest bardzo różna. Najczęściej można ją określić mianem ''kartonika'' i te sformułowanie chyba jest najtrafniejsze. Owe kartoniki maja różną elastyczność, lecz produkowane w Polsce są w większości przypadków dość sztywne. Sztywność pozwala zwiększyć trwałość widokówki i zapobiega jej pogięciu podczas transportu od adresata do nadawcy.

Przód
W przypadku widokówek, na tej stronie umieszczane są zdjęcia danego miejsca lub mapa. Ilość zdjęć bywa bardzo różna, zwykle waha się od jednego do pięciu. Zdjęcia mogą znajdować się w układzie poziomym lub pionowym.

Dla kolekcjonera pocztówek treść tejże strony określa atrakcyjność danego egzemplarza. Ze względu na treść, widokówki dzielą się na kilka kategorii.

Tył
Lewa część przeznaczona jest na wiadomość pisemną, którą chcemy przekazać adresatowi. Po prawej stronie powinno znajdować się miejsce na wpisanie adresu odbiorcy, a w prawym górnym rogu na znaczek pocztowy (Zwykle w formie kwadratu lub prostokąta. Czasem wydawca umieszcza tam element graficzny: herb, znaczek firmowy, reklamę).

Źródło: http://www.polskie-pocztowki.com/artykuly1.htm

W chwilach trudnych lub też szczęśliwych często myśli się o tych, których zostawiliśmy w domu. Chcielibyśmy wtedy przekazać im, co czujemy, jak się mamy, co zobaczyliśmy albo (jak większość) jaką mamy pogodę, podkreślając tym samym, że 'u nas na pewno słońce świeci mocniej' albo 'u nas słońce świeci w ogóle'...

Mimo iż współcześnie coraz częściej odchodzi się od tej tradycji, ja jednak do Was apeluję - kochani, wysyłajmy pocztówki! W dobie komórek, laptopów, iPhonów, iPodów, aparatów cyfrowych, kiedy można dzielić się widokami lub informacją zaledwie w przeciągu paru sekund, jakże miło jest jednego dnia otworzyć swą skrzynkę listową i znaleźć tam dowód na to, że ktoś o nas pamiętał. Że ktoś zadał sobie trud wybrania odpowiedniego widoku na pocztówce. Że ktoś spędził czas nad ułożeniem wyjątkowych i unikalnych pozdrowień, które są dłuższe niż dwie linijki, gdzie już w drugiej znajduje się podpis nadawcy. Że ktoś własnoręcznie wypisał je na odwrocie i mimo wcześniejszych kilkunastu znaczków, poślinił i przykleił jeszcze ten jeden.

Specjalnie dla Ciebie.

Także i Ty odwdzięcz się i czasem poślij małą pocztówkę do bliskiej Ci osoby. To też sprawia dużo przyjemności.


Zgadnij więc, która trafi do Ciebie?


Wszystkie pocztówki można kierować na adres... :P

środa, 5 sierpnia 2009

'Bo na wakacje - każdy wie - nad morze jedzie się'

Dzisiejszy post rozpoczęłam od słów kultowej piosenki Majki Jeżowskiej - 'Na plaży'. Bo jak przystało na zwyczajnego obywatela, ja również wybrałam się na wakacje nad morze. A jak!

Mieszkanie w hostelu okazało się trafieniem w samą dziesiątkę! Dzielenie pokoju z szesnastką ludzi o odmiennych narodowościach oraz innych tradycjach okazało się nie tyle co trudne, ale wymagające. Przede wszystkim wymagające tolerancji i zrozumienia, a dzięki temu pozwalające uczyć się wiele od pozostałych. Już pierwszego wieczoru wiadomo, z kim nadaje się 'na tych samych falach'. Moimi ludźmi okazali się Kanadyjczyk Sean, Anglik Graham i dwie Australijki - Martha i Sarah. Podobne poczucie humoru, podobne, bo niecodzienne powody pobytu na wyspie, podobne charaktery. To właśnie w ten sposób już pierwszego wieczoru zaplanowaliśmy szaloną 'podróż przed siebie', rozpoczynającą się już następnego ranka...

Dwu-i-pół-dniowa trasa autostopem objęła takie nadmorskie wioski jak: Plakias, Frangokastello, Paleochorę, Sougię, Falasarnę i Balos, z czego nocleg przypadł na różowe piaski plaż w Elafonisi na południowo - zachodnim krańcu wyspy.

Pierwszy etap podróży odbyliśmy wraz z kierownikiem hostelu wynajętym przez niego jeep'em, który okazało się zupełnie 'przypadkiem' (czyt. po długich namowach) jechał w tym samym kierunku, więc postanowił nas zabrać. Tym sposobem trafiliśmy do Plakias. Tam cała przygoda zaczęła się na dobre. Na parkingu poznaliśmy osobliwego, wiekowego Greka, imieniem Jorgos, który również przypadkiem zdecydował się pojechać swoim mini-busem na zachód, zabierając ze sobą grupę przygodnych turystów. Osobiście - nie wiem, czy widząc grupę ludzi wyglądających jak my odważyłabym się zabrać ich do swojego auta, więc tym większy podziw dla naszego bohatera-wybawcy.

W czasie drogi ów Grek otrzymał tajemniczy telefon od swego przyjaciela, który to zapraszał go na lunch do swojego domu, gdyż ten właśnie wrócił z morza i przywlókł ze sobą całe sieci pełne ryb i ośmiornic. Cóż mógł zatem biedny Grek począć, jak tylko przedstawić przyjacielowi sytuację (a ta wiemy jaka była - 5 obcych, wygłodniałych ludzi żądnych przygód siedzących z nim w jednym aucie, gotowych przystawić mu spluwę do skroni, gdyby ten postanowił wysadzić ich na bezdrożu), a reakcja była natychmiastowa - bierz ich ze sobą! Szczerze przyznam, że ośmiornicy jeszcze nigdy nie miałam okazji kosztować, więc nie mam porównania, ale muszę to napisać - była to najlepsza ośmiornica jaką kiedykolwiek jadłam! Niebo w gębie...

Stamtąd ruszyliśmy w dalszą drogę do Elafonisi, zwiedzając przy okazji Wenecką Twierdzę we Frangokastello, by tam spędzić najlepszą noc na Krecie, śpiąc pod gwiazdami na ciepłym piasku w odcieniu bladego różu. Nie da się tego opisać słowami, ale lekko łaskoczące skórę na policzkach i tym samym delikatnie budzące ze snu promienie chwilę temu wzeszłego słońca to jest moment, który każdy musi przeżyć choć raz... Nawet jeśli wydarza się to parę minut po 5 rano...




Naszym ostatnim przystankiem była uważana przez niektórych za ósmy cud świata przepiękna zatoka Balos, z której rozciąga się widok na wspaniałą, otoczoną błękitną laguną wyspę Gramvousa. Majestatyczne góry oraz niesamowicie krystaliczna woda robią piorunujące wrażenie. Miejsce to nazywane jest również 'europejskimi Karaibami'. Można tam dotrzeć bezpośrednio promem z miejscowości Kastelli Kissamou lub też samochodem, a potem piechotą. Oczywiście nie bylibyśmy prawdziwymi turystami, gdybyśmy wybrali pierwszą opcję, więc nie wspomnę nawet, ile piasku wysypałam z mych butów, gdy wreszcie wylądowaliśmy na plaży mocno zmęczeni... Aczkolwiek widok - bezcenny.




Przy okazji proszę o wybaczenie, gdyż ze względu na późne przybycie do hostelu poprzedniego wieczora i brak czasu na doładowanie baterii aparatu nie byłam w stanie wykonać własnych zdjęć, dlatego załączam zdjęcia nie mojego autorstwa.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Wielka ucieczka!

No i nadszedł ten dzień, a tego dnia tylko jeden moment, mała myśl, krótka chwila i już nie było odwrotu. Odeszłam. Rzuciłam moją ciepłą posadkę, spakowałam walizę i po prostu wyszłam przez bramę, którą jeszcze nie tak dawno wjeżdżałam dagmarowym autem pełna entuzjazmu i radości. Do dziś udało mi się już zapomnieć, jak to jest myśleć pozytywnie.

Ruszyłam ostatni raz w górę Análipsis do przystanku, ani razu nie oglądając się za siebie. Wsiadłam w pierwszy lepszy, jaki jechał i dotarłam do stolicy chwilę po 19:00. Tam niestety okazało się, że mój autobus właśnie odjechał, a kolejny będzie dopiero za godzinę. Włączyłam komputer, by odnaleźć numer do schroniska w starym mailu i uprzedzić, że na miejsce dotrę po zamknięciu recepcji, aż tu ze zdumieniem odkryłam bezprzewodowy internet w każdym z autobusów, który znajdował się na dworcu. Wyobrażasz sobie? Pisałam już o tym, jakie nowoczesne są tutejsze pks-y, aczkolwiek to?! To przerosło moje (i nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania!

Z pomocą dobrego przyjaciela znalazłam świetny hostel w samym sercu Rethymnonu, przez który każdego dnia przewijają się setki ludzi z różnych zakątków świata, a każdy z nich posiada własną 'kreteńską opowieść'. Hostel znajduje się w jednej z tych malutkich, wąskich, brukowanych uliczek, zarośniętych zwisającymi z dachu kwiatami i otoczonych starymi kamienicami, gdzie sąsiedzi zaglądają sobie przez okna, a wszystko, czego potrzebujesz jest 'just around the corner'. Są tu sypialnie z klimatyzacją (czyt. łóżka na dachu) oraz osobliwe prysznice, których sufit pokryty jest kubistycznymi malunkami. Recepcja, która powinna być czynna tylko przez kilka godzin w ciągu dnia, z czego 4 rano, 4 wieczorem, tak naprawdę czynna jest cały czas, bo kierownikowi po prostu nie chce się nigdzie wychodzić. To wcale nie oznacza, że on cały czas pracuje, o nie. Przez większość czasu leży na krześle i drzemie, ale gdy trzeba, staje na wysokości zadania.

W hostelu obowiązują proste reguły:

'Please!
Tidy up after eating.
Clean the table and use the bin
(as your mother told you)

Alcohol bought outside the hostel
must be drunk outside the hostel
- support the hostel bar

Silence in this area after 23.00
Keep the neighbours happy!
...And keep the boss happy!'


Z samego rana możesz liczyć na słodkie tosty, omlet, frappe czy też naleśniki z czekoladą, które kierownik zrobi dla Ciebie osobiście, a do tego koszt całego śniadania dla 5 osób nie przekroczy 6€. W lodowce zawsze stoi zimne piwo, dla abstynentów też coś się znajdzie. Wieczorami na tarasie zbiera się śmietanka, a rozmowy trwają do świtu. Człowiek potem dochodzi do wniosków, że mimo iż odwiedził już kilkanaście krajów, to i tak nadal nic nie wie i głupi rośnie... Ehh, ile jeszcze trzeba by zobaczyć! Takim nocom w hostelach nie ma końca...

Pozostaje więc tylko życzyć przyjemnego pobytu! :)