środa, 5 sierpnia 2009

'Bo na wakacje - każdy wie - nad morze jedzie się'

Dzisiejszy post rozpoczęłam od słów kultowej piosenki Majki Jeżowskiej - 'Na plaży'. Bo jak przystało na zwyczajnego obywatela, ja również wybrałam się na wakacje nad morze. A jak!

Mieszkanie w hostelu okazało się trafieniem w samą dziesiątkę! Dzielenie pokoju z szesnastką ludzi o odmiennych narodowościach oraz innych tradycjach okazało się nie tyle co trudne, ale wymagające. Przede wszystkim wymagające tolerancji i zrozumienia, a dzięki temu pozwalające uczyć się wiele od pozostałych. Już pierwszego wieczoru wiadomo, z kim nadaje się 'na tych samych falach'. Moimi ludźmi okazali się Kanadyjczyk Sean, Anglik Graham i dwie Australijki - Martha i Sarah. Podobne poczucie humoru, podobne, bo niecodzienne powody pobytu na wyspie, podobne charaktery. To właśnie w ten sposób już pierwszego wieczoru zaplanowaliśmy szaloną 'podróż przed siebie', rozpoczynającą się już następnego ranka...

Dwu-i-pół-dniowa trasa autostopem objęła takie nadmorskie wioski jak: Plakias, Frangokastello, Paleochorę, Sougię, Falasarnę i Balos, z czego nocleg przypadł na różowe piaski plaż w Elafonisi na południowo - zachodnim krańcu wyspy.

Pierwszy etap podróży odbyliśmy wraz z kierownikiem hostelu wynajętym przez niego jeep'em, który okazało się zupełnie 'przypadkiem' (czyt. po długich namowach) jechał w tym samym kierunku, więc postanowił nas zabrać. Tym sposobem trafiliśmy do Plakias. Tam cała przygoda zaczęła się na dobre. Na parkingu poznaliśmy osobliwego, wiekowego Greka, imieniem Jorgos, który również przypadkiem zdecydował się pojechać swoim mini-busem na zachód, zabierając ze sobą grupę przygodnych turystów. Osobiście - nie wiem, czy widząc grupę ludzi wyglądających jak my odważyłabym się zabrać ich do swojego auta, więc tym większy podziw dla naszego bohatera-wybawcy.

W czasie drogi ów Grek otrzymał tajemniczy telefon od swego przyjaciela, który to zapraszał go na lunch do swojego domu, gdyż ten właśnie wrócił z morza i przywlókł ze sobą całe sieci pełne ryb i ośmiornic. Cóż mógł zatem biedny Grek począć, jak tylko przedstawić przyjacielowi sytuację (a ta wiemy jaka była - 5 obcych, wygłodniałych ludzi żądnych przygód siedzących z nim w jednym aucie, gotowych przystawić mu spluwę do skroni, gdyby ten postanowił wysadzić ich na bezdrożu), a reakcja była natychmiastowa - bierz ich ze sobą! Szczerze przyznam, że ośmiornicy jeszcze nigdy nie miałam okazji kosztować, więc nie mam porównania, ale muszę to napisać - była to najlepsza ośmiornica jaką kiedykolwiek jadłam! Niebo w gębie...

Stamtąd ruszyliśmy w dalszą drogę do Elafonisi, zwiedzając przy okazji Wenecką Twierdzę we Frangokastello, by tam spędzić najlepszą noc na Krecie, śpiąc pod gwiazdami na ciepłym piasku w odcieniu bladego różu. Nie da się tego opisać słowami, ale lekko łaskoczące skórę na policzkach i tym samym delikatnie budzące ze snu promienie chwilę temu wzeszłego słońca to jest moment, który każdy musi przeżyć choć raz... Nawet jeśli wydarza się to parę minut po 5 rano...




Naszym ostatnim przystankiem była uważana przez niektórych za ósmy cud świata przepiękna zatoka Balos, z której rozciąga się widok na wspaniałą, otoczoną błękitną laguną wyspę Gramvousa. Majestatyczne góry oraz niesamowicie krystaliczna woda robią piorunujące wrażenie. Miejsce to nazywane jest również 'europejskimi Karaibami'. Można tam dotrzeć bezpośrednio promem z miejscowości Kastelli Kissamou lub też samochodem, a potem piechotą. Oczywiście nie bylibyśmy prawdziwymi turystami, gdybyśmy wybrali pierwszą opcję, więc nie wspomnę nawet, ile piasku wysypałam z mych butów, gdy wreszcie wylądowaliśmy na plaży mocno zmęczeni... Aczkolwiek widok - bezcenny.




Przy okazji proszę o wybaczenie, gdyż ze względu na późne przybycie do hostelu poprzedniego wieczora i brak czasu na doładowanie baterii aparatu nie byłam w stanie wykonać własnych zdjęć, dlatego załączam zdjęcia nie mojego autorstwa.

Brak komentarzy: