piątek, 31 lipca 2009

Heraklion vol. 2 - fotorelacja



















The best 'Repo - day' ever!


wtorek, 28 lipca 2009

O tym, jak jednemu Panu spadły majtki.

Ja generalnie nie lubię leżeć na plaży. Wręcz nie znoszę. Leżenie na plaży jest nudne i monotonne (o ile nicnierobienie może być monotonne...). Można je sobie oczywiście urozmaicić wszelkimi krzyżówkami, łamigłówkami, książką, iPodem czy też rozmową, ale nadal będzie to i tak jedna z najbardziej nudnych czynności na świecie.

Chyba że... spotyka się tam ciekawych ludzi.

Niedziela jest jedynym dniem, kiedy to na plaży pojawiają się tłumy Greków. Większość z nich ma wtedy 'repo', więc pakują się całymi rodzinami do aut i pędzą do najbliższego kurortu, by tam wygrzewając na słońcu swe ogromne, zasłaniające stopy brzuchy i sącząc piwo z 1,5 litrowych kufli, odpocząć choć chwilę od upierdliwych, wszędobylskich turystów. Ale jak już się Grecy wybierają na plażę, to robią to w 100% profesjonalnie. Często patrzę z podziwem na ojców, którzy obładowani krzesełkami plażowymi, parasolami, leżakami, pontonami, z lodówką turystyczną w jednej, a telewizorem w drugiej ręce, prawie zakopując się w gorącym piasku jeszcze potrafią się uśmiechać i cieszyć dniem wolnym.

Oczywiście honorowe miejsce na największym leżaku, dokładnie pod największym parasolem zajmuje głowa rodziny, czyli babcia, która ubrana cała na czarno, opasana wielką chustą, z rękoma założonymi na piersiach i groźną miną buldoga obserwuje okolicę, intensywnie kalkulując w głowie, ile jeszcze czasu będzie musiała tu siedzieć. Oczywiście nawet nie próbuje ukryć swego niezadowolenia, mrucząc cały czas pod nosem 'As to thialo, vlaca' i coraz bardziej odwracając się plecami do pozostałych.

Grecy na plażę zabierają chyba wszystkie swoje zapasy, bo ich koce piknikowe mimo ogromnego rozmiaru, mogą ledwo-ledwo pomieścić wszystkie te w pocie czoła przytargane ze sobą półmiski, talerze, salaterki... Spokojnie mogliby wyżywić tym pół wojska, ale sami też świetnie dają sobie z tym radę.

Jak już Grecy się na tę plażę wybiorą, to siedzą tam aż do zachodu słońca. Wtedy z bardzo zawiedzionymi minami z powrotem pakują się do swych aut i mkną do domu, gdzie wreszcie mogą spokojnie się wyspać przed kolejnym intensywnym, pełnym turystów tygodniem.

Obserwowanie właśnie takich rodzin, jak te, jest jedyną rzeczą, którą tak naprawdę lubię w leżeniu na plaży. Oni sami w sobie dostarczają tyle rozrywki, że wszystkie te krzyżówki, łamigłówki, książki, iPody czy też rozmowy okazują się zupełnie zbędne...


P.S. Ah no tak! Zapomniałabym. Faktycznie jednemu panu spadły majtki :) Ale tak to już jest, gdy skacze się na wysokie fale i zapomni się odpowiednio zabezpieczyć kąpielówki przed zsunięciem...

niedziela, 26 lipca 2009

Od Anki zimne poranki

Zgodnie z tym starym polskim porzekadłem od 26 lipca powinniśmy spodziewać się zauważalnego spadku temperatury w godzinach porannych. Jednakże, iż jest to jak napisałam polskie porzekadło, na Krecie oczywiście nie zmienia się nic.

Codziennie w drodze do pracy (jakieś 1,5 minuty piechotą) sprawdzam wysokość słupka rtęci na wiszącym przy basenie termometrze i jeszcze nigdy (nawet krótko po 6 rano) nie wskazywał temperatury niższej niż 25 stopni. Jednakże dzisiejszy poranny odczyt zwiastował niestety najgorętszy do tej pory dzień – 45 stopni w cieniu. Do tego bezwietrzny. Przebywanie w samo południe w pełni nasłonecznionej, ale nieklimatyzowanej restauracji było istną masakrą, a co dopiero praca w takich warunkach. Na zmianę stawaliśmy pod nawiewem, by choć na chwilę odpocząć i móc pooddychać lżejszym powietrzem.

O jak w taki upał się nic nie chce…
W taki upał najchętniej leżałoby się w wannie z zimną wodą albo jadło bezkarnie lody cały dzień, jeden za drugim, jeden za drugim.
W taki upał wszystko lepi się do mokrego ciała, a ułożone rano włosy znów zmieniają się w odstające-w-każdym-możliwym-kierunku strąki.
W taki upał błaga się Manoliego prawie na kolanach, by pozwolił choć na moment wejść do chłodni.
W taki upał nie potrzeba włączać podgrzewaczy w bufecie, bo jedzenie wcale nie stygnie.
W taki upał wszystkie kończyny odmawiają współpracy i talerze, kieliszki, karafki lecą z rąk.
W taki upał nawet klimatyzacja się buntuje i zaczyna kapać na gości w środku obiadu.
W taki upał rozwiązywanie sudoku w ogóle nie sprawia przyjemności.
W taki upał nawet lokalne koty wchodzą dobrowolnie do morza, by się ochłodzić.

Nawet teraz, gdy już powoli zbliża się zachód słońca, a ja siedzę na wygodnym barowym stołku w mej ulubionej tawernie, popijając zwyczajowy sok z pomarańczy w niezwyczajnym, bo imieninowym przybraniu, nadal czuję, jakby klawisze miały mi się zaraz pod palcami rozpłynąć. Dlatego kończę na dziś, bo w taki upał…

wtorek, 21 lipca 2009

Athina

To właśnie tej wspaniałej greckiej bogini zawdzięczam... dostęp do Internetu! Nie, to nie ona mi go załatwiła, ale to jej imieniem nazwano jedyną Tavernę w tej małej mieścinie, która pozwala mi się łączyć ze światem cywilizowanym.

Do Athiny muszę dyrdać blisko 20 minut, ale już pierwszy łyk soku ze świeżych pomarańczy rekompensuje wszystkie wysiłki i zmęczenie. Mieści się ona prawie w samym centrum Analipsis (o ile mały skwer można nazwać centrum…), zaraz przy samej plaży, także pisząc ten tekst mogę jednocześnie delektować się pięknym zachodem słońca. Mniej więcej co pół godziny pod jej oknami przejeżdża turystyczna ciuchcia na kółkach zabierająca do pobliskiego Hersonissos znużonych chodzeniem turystów. Nie wiem, czy jest to aż tak wielka atrakcja, szczególnie, że cała podróż trwa 1 godzinę i 15 minut, kosztuje 10€, wieje, że mało łba nie urwie, a pociąg jedzie wolniej, niż ja idę, gdy do tego można dorzucić jedyne 2€ więcej za taksówkę i dostać się tam w około 7 minut, ale chętnych nie brakuje. Widać rzeczywiście na wszystkim można zrobić „dobry interes”.

W Tavernie pracują 3 osoby (znaczy zapewne jest ich więcej, ale są to tak zwane osoby – widmo, które pracują za zamkniętymi kuchennymi drzwiami). Gdy do pracy idę na 15:00, to rano spotykam właścicielkę. Bardzo ładną, już starszawą Greczynkę, o bujnych kruczoczarnych lokach, która mówiąc prawie krzyczy i zna wszystkich w okolicy. Wieczorami za barem pojawia się tajemniczy Grek, który włosy wiąże w kucyk i zaskakująco dobrze mówi po angielsku, a do tego podaje świetną kawę frappe z lodami waniliowymi. Tajemniczemu barmanowi pomaga przesympatyczna serbska kelnerka, która zawsze pyta, jak się mam, czy czegoś nie potrzebuję i nigdy nie chce przyjąć napiwku, mówiąc „I tak już bez tego masz wystarczająco ciężko, ale bardzo dziękuję za docenienie mojej pracy”. Jakie to smutne :P

W Menu znajdziemy oczywiście wiele lokalnych, kreteńskich dań oraz greckie przysmaki, ale oczywiście tak, jak w większości restauracji, jest tu także coś dla zagubionych Amerykanów – w skrócie „Fish and chips”, czyli tzw. śmieciowe żarcie (wybaczcie stereotypy). Na głowę jednak wszystko biją desery, koktajle mleczne, sorbety i soki ze świeżych owoców serwowane w taki sposób, o jakim zawsze nam się śniło! Buchające ogniem lody, opalemkowane i oparasolkowane soki oraz sorbety z różnobarwnym szlaczkiem biegnącym pionowo przez całą szklankę o wymyślnych kształtach. Mniam!

Gdyby nie to miejsce, to wiele wieczorów spędziłabym samotnie, siedząc w moim bezokiennym podziemnym schronie, patrząc się w biały sufit albo nie daj boże sprzątając łazienkę, a tym sposobem mam okazję porozmawiać z... kimkolwiek i zostawić tu ślad po sobie, byś wiedział, że żyję :)

(Wybacz brak zdjęcia, aczkolwiek tym razem zapomniałam kabla :P Będzie update.)

Edit: Obiecany jakiś czas temu update :)
Wybacz jakość.




sobota, 18 lipca 2009

Syndrom kreta.

Po 18. dniach siedzenia na wyspie dopadł mnie syndrom kreta. Co to? To zmęczenie ludźmi, jedzeniem, otoczeniem, morzem, hotelem, wioską, piaskiem, słońcem... Gdybym mogła (przysięgam!), to własnymi rękoma zgniotłabym CD, które codziennie przez 8 godzin mojego pracowniczego życia odgrywa te same 9 utworów o greckim, pogrzebowym brzmieniu. I niech mi tu ktoś czasem nie pisze, że nawet przepada za tymi melodiami, bo nie ręczę!

Wiesz, jak wspaniale jest budzić się co rano i patrzeć przez okno na wzburzone morze oraz fale z hukiem uderzające o przybrzeżne skały?

Ja też nie.

I nie dlatego, że mieszkam daleko od morza (do plaży mam jakieś 100m. Biegiem 50m.), tylko dlatego, że... nie mam okna.

Wszystko mnie denerwuje. Nawet to, że tak naprawdę nie mam o czym pisać.

Patrzę w mój grafik i wolnego nie widzę (na razie. bo do tej pory zostałam hojnie obdarzona aż 4 dniami!), więc nie zanosi się na jakieś wojaże w najbliższym czasie, chociaż kto wie... Może kiedyś wybiorę się przed pracą na zwiedzanie "okolicy". Jak tak patrzę na mapę to zostało jeszcze może z jedno miasteczko w promieniu kilku godzin, które warto by zobaczyć, a na które nie potrzeba całego dnia.

I niestety, post tym razem bez zdjęcia. Aparat leży wepchnięty gdzieś w kąt, bo nawet fotografowanie nie sprawia już takiej przyjemności :(

P.S. Do upierdliwych i dokuczliwych - tak, wiem, tekst nie jest wypasiony :P

piątek, 10 lipca 2009

Miasto tysiąca schodów.

Po dzisiejszym dniu doszliśmy do wspólnego wniosku - następnym (nieprędkim) razem przewodnik przeczytamy ZANIM wyruszymy na wycieczkę :)

'Agios Nikolaos - miasto posiadające nieskończoną liczbę schodów i stromych ulic...'. Taaaa, nie ma to jak powspinać się trochę w 37 stopniowym upale, gdy słońce grzeje, jak jedna z tych specjalnych leczniczych lamp. Darmowe solarium + poparzenia gratis.



Agios Nikolaos to miejsce pełne kontrastów. Z jednej strony należy do największych centrów turystycznych na Krecie, ale z drugiej w dalszym ciągu można tu spotkać wieśniaków przechadzających się z osłami czy też kobiety przygotowujące dawne, kreteńskie dania. Można tam też spotkać takie twory, jak na przykład ten...


Nie wierzysz, że jest tam zawsze pod górkę?












czwartek, 9 lipca 2009

21 359 kroków po stolicy.

Mniej więcej o 14:00 postanowiliśmy wracać - wszak jeszcze trzeba było 'zleźć' stolicę! Znów stwierdziliśmy, że transport publiczny na Krecie nie jest taki zły, o ile nie nastawiasz się na punktualność. Do Centrum dotarliśmy kilka minut po 15... :)

Oczywiście (bo jakże by inaczej!) wszystko, co nas interesowało, było zamknięte, z różnych powodów. Po mieście poruszaliśmy się ogólnie na tzw. "czuja", bo żadnemu z nas nie chciało się trzymać mapy w ręku i przyznam, że ten sposób okazał się najlepszym. Znaleźliśmy wiele ciekawych miejsc, do których założę się, niewielu turystów dotarło. Na niektóre zabytki nie starczyło nam już zwyczajnie sił, więc naszą wyprawą skończyliśmy w jakiejś kawiarence niedaleko dworca autobusowego, chłodząc się zimnym, greckim piwem.


Fontanna Morosiniego


Aghios Minas


Aghios Minas z innej strony :P
A do tego ze mną gratis


Aghios Titos





środa, 8 lipca 2009

Duże pitosy.

Kto by pomyślał, że za jedyne 2,30€ można dojechać do stolicy? My też nie. (Kocham prawie-studenckie życie! :P )

Po urzędowej wycieczce byliśmy z Mateuszem tak zamurowani, że musieliśmy to jakoś odreagować. Dosłownie w 5 sekund podjęliśmy decyzję – jedźmy do Iraklionu! W końcu, co innego można robić, jak nie zwiedzać, skoro już cudem dostało się dzień wolny? ‘We were wondering if it was a problem for you to drop us at a Bus Stop, where we could catch a bus to Iraklion?’ – zapytałam nieśmiało mojego managera. Byliśmy przekonani, że tak, jak zwykle nie zgodzi się, więc wyobraź sobie nasze zdziwienie, gdy odrzekł ‘OK’!

Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie zdziwienie nas ogarnęło, gdy zamiast zdezelowanego, starego, wysłużonego PKS-a, na przystanek podjechał nowoczesnej klasy autokar rejsowy, w pełni klimatyzowany, z toaletą i dvd na pokładzie! :O Byliśmy w tak ciężkim szoku, że aż jeden ominęliśmy i jak debile czekaliśmy 30 minut na kolejny...



Do stolicy dotarliśmy 32 minuty później i od razu znaleźliśmy autobus do Knossos (wreszcie swojski PKS!) Niecałe 25 minut zajęła nam droga z centrum aż pod same ruiny, a potem spędziliśmy wspaniałe dwie godziny snując się po otwartej przestrzeni w 36 stopniowym upale.










Okolice Knossos są bardzo malownicze; wioski położone są na łagodnych pagórkach i pokryte zielenią o zeschłym odcieniu. Zieleń to przede wszystkim plantacje winorośli, sady drzew brzoskwiniowych i kiwi, plantacje tytoniu, pomidory, ogórki, fasola... Dziełem przypadku trafiliśmy do greckiego baru na obiad. Był to zwykły bar, gdzie główną klientelę stanowili faceci w roboczych ubraniach, a my byliśmy dla nich ciekawą atrakcją - byliśmy obserwowani, pozdrawiani, zaczepiani, zagadywani... Nigdy wcześniej w Grecji nie jadłam tak doskonałego obiadu! (Być może dlatego, że nie musiałam chować go w kuchni i czekać 2 godziny na zjedzenie?) Naprawdę, żadna z wcześniejszych restauracji nie umywała się do naszego przypadkowego baru! Najgorsze jest to, że jeśli chciałabym kiedykolwiek jeszcze raz dotrzeć do tego baru... to byłby klops... bo trafiliśmy tam gubiąc się po drodze - a czy można zgubić się ponownie?

Poniższe zdjęcie zamieszczam na specjalne życzenie blogoczytaczy :)


Grecka biurokracja.

Najlepszym sposobem na poznanie Greckiej kultury jest (nawet krótka) wizyta w jakimkolwiek urzędzie. Jeśli się go oczywiście znajdzie... Bo wydawać by się mogło, że jest to zadanie w miarę proste, ale oczywiście dlaczego nie utrudnić ludziom życia, umieszczając każdy departament w innym końcu miasta i chowając go tak, by go nikt nie znalazł? :)

Oczywiście jak się domyślacie, załatwienie czegokolwiek w Grecji jest zupełnie... hmmm... inne niż w Polsce (inaczej przecież bym o tym nie pisała...)

Ja z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że mam w tej dziedzinie już jakieś doświadczenie, ponieważ dane mi było spędzić pełne 3 godziny wędrując od urzędu do urzędu. A wszystko po to, by uzyskać jeden zupełnie nikomu do niczego niepotrzebny numer rozliczenia podatkowego.

Zatem jak wygląda "załatwianie" w Grecji?

edit:
0. Jeśli nie mówisz po Grecku, w ogóle nigdzie nie wchodź :P

1. Uzbrój się w cierpliwość. Naprawdę wiele cierpliwości. Ci wszyscy ludzie, którzy przyszli później, a dostają się do okienka przed Tobą wcale nie robią tego ze złej woli. Musisz zrozumieć, że ich sprawy są ważniejsze, istotniejsze i pilniejsze niż Twoja. I nawet nie próbuj z nimi walczyć. I tak przegrasz :P

2. Jeśli wydaje Ci się, że krzycząca Greczynka (względnie, choć rzadziej Grek) jest zła lub zniecierpliwiona, jesteś w błędzie. ONA MA PO PROSTU TAKI SPOSÓB BYCIA!

3. By uzyskać zgodę na cokolwiek, pamiętaj by zebrać odpowiednią liczbę pieczątek, podpisów, kwitów i potwierdzeń. Widziałam dokumenty, które mimo 33 pieczątek i tylu samo podpisów nadal nie uzyskiwały pozytywnej odpowiedzi...

4. Jeśli urząd jest otwarty od 8:00 do 13:00, to nie dziw się, że o 10:00 drzwi nadal są zamknięte.

5. Gdy już na progu usłyszysz grzeczne zapytanie "What do you want?", oznacza to, że dobrze trafiłeś.

6. Jeśli spróbujesz odpowiedzieć na zapytanie z pkt 5, od razu zrezygnuj. I tak nikt nie będzie czekał na Twoją odpowiedź.

7. Wraz ze wszystkimi dokumentami przynieś przynajmniej 10 kserokopii.

8. Naprawdę weź te kserokopie.

9. Gdy Pani udaje się po 3 kawę w ciągu 20 minut, możesz nieśmiało zapytać, czy Tobie również może zrobić. W 80% przypadkach możesz spotkać się z dziwnym spojrzeniem/salwą śmiechu/prychnięciem, ale jest szansa, że może akurat Ci się uda!

10. Pamiętaj, obsługa klienta jest najmniej istotnym elementem w pracy urzędnika. I to się nigdy nie zmieni, więc nie krzycz zbyt głośno. Możesz również spotkać się z zupełną ignorancją - rozmawianie z plecami urzędnika, próba przerwania bardzo żywej rozmowy o "najnowszej fryzurze tej pipy z biura naprzeciwko" lub też próba podetknięcia urzędnikowi Twoich dokumentów pod nos, w momencie, gdy ten czyta relację z ostatniego meczu FC Iraklis.

11. Handel w Grecji jest wszechobecny. Nawet w urzędach. Więc niech nie zaskoczy Cię, gdy Pani w okienku zaproponuje Ci nabycie najnowszej bluzki od Dolce & Gabbany za promocyjną cenę 15€!

Ehhh, można by tak pisać i pisać, ale tego i tak nie da się opisać słowami. To trzeba po prostu przeżyć :)



Źródło: http://www.kreta.favorites.pl


p.s. ze względu na głosy zdziwienia postanowiłam zapewnić, iż wszystkie powyżej opisane zdarzenia miały miejsce w rzeczywistości i działy się na moich oczach.

piątek, 3 lipca 2009

Europa „Bicz” Hotel i bunkry.



Zupełnie nie zdziwiło mnie, że na lotnisku nikt na nas nie czekał. Nie zaskoczyło mnie również, gdy moja komórka oznajmiła mi kończącą się baterię. „Świetnie! Jeszcze powinna mi się walizka rozwalić!” (Pewnie w tym momencie pomyślałeś drogi czytelniku, że tak właśnie było, ale muszę Cię uspokoić – bagaż dotarł cały. Ja zresztą też :P).

Poczułam ogromną ulgę, gdy 30 minut później zjawiła się wreszcie pani Dagmara serdecznie przepraszając nas najmocniej za spóźnienie. W drodze do naszego miasteczka wyjaśniła nam wszystko, co dotyczyło naszego pobytu tutaj (m.in. Mateusz dowiedział się, że mimo wcześniejszych ustaleń nie będzie jednak nadwornym fotografem, a po raz pierwszy w życiu zostanie kelnerem).
Gdy wreszcie dojechaliśmy do hotelu, moje podejrzenia okazały się jak najbardziej słuszne – dalej jechać już się nie dało. Hotel położony jest dokładnie na saaaaaaaaaamym końcu wioski. Zaledwie 100 metrów dalej na szosie stoją barykady i wisi ogromny znak „Stop”, oznaczający koniec świata.



Świadomość, że do „centrum” czy też np. tawerny Mythos trzeba iść (i iść, i iść, i iść) pod górkę spory kawałek nie nastraja nas zbyt pozytywnie, jednak rzeczą, która bije wszystkie inne na głowę, jest nasze zakwaterowanie.

Do naszych pokoi poprowadziła nas jedna z recepcjonistek. Gdy znaleźliśmy się już na wysokości zupełnie ostatnich domków gościnnych, aż uśmiechnęłam się w duchu i pomyślałam „Czy może być jeszcze gorzej?”. Nasze pokoje znajdują się w jakichś podziemnych schronach, w powojennym bunkrze bez okien, w magazynie, w składziku na miotły i środki czystości, w miejscu, gdzie ogromne maszyny zaopatrują cały hotel w elektryczność, robiąc przy tym ogromny hałas przez całą dobę, w miejscu, do którego opisania brakuje mi już słów.



Tak, tu mieszkam :)



Warstwa brudu, jaka pokrywa wannę (tak, mamy łazienkę w pokoju!) przekracza spokojnie 10cm, a pod łóżko boję się nawet spojrzeć. (Sugerowany utwór – Everlast/Santana – ‘Put your lights on’. Wsłuchaj się w tekst :P) Koniecznie muszę zapytać o możliwość przeprowadzki…

Internet. Jak dla mnie kwestia jedna z ważniejszych – jedyna możliwość kontaktu ze światem żywych. Tutaj okazuje się być rzeczą zupełnie zbędną. "A po co Pani Internet" - zapytał mnie manager, gdy wyraziłam swe zdziwienie na brak bezprzewodówki w 4* hotelu.
(notka autora: starają się o 4 I PÓŁ gwiazdki! :P)

PC'y, które stoją w Internet Corner mają zamontowane z przodu otwory do wrzucania monet, jak automaty za czasów PRL, ale oczywiście byłoby zbyt pięknie, gdyby po wrzuceniu Internet jednak działał :)

Jakieś pozytywy? Napawaj się i zazdrość mi :P