wtorek, 21 lipca 2009

Athina

To właśnie tej wspaniałej greckiej bogini zawdzięczam... dostęp do Internetu! Nie, to nie ona mi go załatwiła, ale to jej imieniem nazwano jedyną Tavernę w tej małej mieścinie, która pozwala mi się łączyć ze światem cywilizowanym.

Do Athiny muszę dyrdać blisko 20 minut, ale już pierwszy łyk soku ze świeżych pomarańczy rekompensuje wszystkie wysiłki i zmęczenie. Mieści się ona prawie w samym centrum Analipsis (o ile mały skwer można nazwać centrum…), zaraz przy samej plaży, także pisząc ten tekst mogę jednocześnie delektować się pięknym zachodem słońca. Mniej więcej co pół godziny pod jej oknami przejeżdża turystyczna ciuchcia na kółkach zabierająca do pobliskiego Hersonissos znużonych chodzeniem turystów. Nie wiem, czy jest to aż tak wielka atrakcja, szczególnie, że cała podróż trwa 1 godzinę i 15 minut, kosztuje 10€, wieje, że mało łba nie urwie, a pociąg jedzie wolniej, niż ja idę, gdy do tego można dorzucić jedyne 2€ więcej za taksówkę i dostać się tam w około 7 minut, ale chętnych nie brakuje. Widać rzeczywiście na wszystkim można zrobić „dobry interes”.

W Tavernie pracują 3 osoby (znaczy zapewne jest ich więcej, ale są to tak zwane osoby – widmo, które pracują za zamkniętymi kuchennymi drzwiami). Gdy do pracy idę na 15:00, to rano spotykam właścicielkę. Bardzo ładną, już starszawą Greczynkę, o bujnych kruczoczarnych lokach, która mówiąc prawie krzyczy i zna wszystkich w okolicy. Wieczorami za barem pojawia się tajemniczy Grek, który włosy wiąże w kucyk i zaskakująco dobrze mówi po angielsku, a do tego podaje świetną kawę frappe z lodami waniliowymi. Tajemniczemu barmanowi pomaga przesympatyczna serbska kelnerka, która zawsze pyta, jak się mam, czy czegoś nie potrzebuję i nigdy nie chce przyjąć napiwku, mówiąc „I tak już bez tego masz wystarczająco ciężko, ale bardzo dziękuję za docenienie mojej pracy”. Jakie to smutne :P

W Menu znajdziemy oczywiście wiele lokalnych, kreteńskich dań oraz greckie przysmaki, ale oczywiście tak, jak w większości restauracji, jest tu także coś dla zagubionych Amerykanów – w skrócie „Fish and chips”, czyli tzw. śmieciowe żarcie (wybaczcie stereotypy). Na głowę jednak wszystko biją desery, koktajle mleczne, sorbety i soki ze świeżych owoców serwowane w taki sposób, o jakim zawsze nam się śniło! Buchające ogniem lody, opalemkowane i oparasolkowane soki oraz sorbety z różnobarwnym szlaczkiem biegnącym pionowo przez całą szklankę o wymyślnych kształtach. Mniam!

Gdyby nie to miejsce, to wiele wieczorów spędziłabym samotnie, siedząc w moim bezokiennym podziemnym schronie, patrząc się w biały sufit albo nie daj boże sprzątając łazienkę, a tym sposobem mam okazję porozmawiać z... kimkolwiek i zostawić tu ślad po sobie, byś wiedział, że żyję :)

(Wybacz brak zdjęcia, aczkolwiek tym razem zapomniałam kabla :P Będzie update.)

Edit: Obiecany jakiś czas temu update :)
Wybacz jakość.




Brak komentarzy: