Ostatnie dni przed wyjazdem były bardzo intensywne. Może nawet za bardzo. Obrona licencjatu w przyspieszonym terminie, problemy z pracą, załatwianie formalności związanych z wyjazdem, zakupy, pakowanie, przyjazd siostry, ale przede wszystkim pożegnania bardzo mnie (psychicznie) zmęczyły i jedyną rzeczą, o której mogłam myśleć to by być już na miejscu i… porządnie się wyspać.
Ci, którzy mnie znają wiedzą, czym było dla mnie wstanie z łóżka o 2:30 w dzień wyjazdu… Istny koszmar. Mimo że dzień wcześniej spakowałam już wszystkie potrzebne rzeczy, nie obyło się oczywiście bez biegania po domu i wołania „Gdzie ta cholerna szczoteczka?”. Do tego na szczęście już zdążyłam się przyzwyczaić, albowiem posiadam wieloletnie doświadczenie w gubieniu rozmaitych rzeczy, np. podłogi, biurka.
Mama ze zdenerwowania nie spała w ogóle. „A spakowałaś ręcznik?”, „Wzięłaś piżamę?”, „Pamiętaj, smaruj się często kremem!” i wreszcie „Pisz często”. Z nią pożegnać się było najtrudniej.
Mimo małego poślizgu udało nam się z tatą wyruszyć do W-wy o zaplanowanej godzinie, ale już w Toruniu wszystko zaczęło się powoli walić… (Dlaczego tak jest, że gdy się akurat spieszysz, wszystko, co mogło pójść źle, idzie źle?) Pierwsza W ŻYCIU kontrola drogowa musiała mnie spotkać zaraz na wylocie z Torunia. Policjantowi chyba nie bardzo się spieszyło (szczególnie, gdy zobaczył samochód z bydgoską rejestracją), dlatego w dalszą drogę ruszyliśmy 20 minut później. Oczywiście to właśnie jego obwiniliśmy za falę czerwonych świateł i zamknięty przejazd kolejowy.
W okolicach Płocka zaczęły mi się zamykać oczy, więc zamieniliśmy się miejscami. Gdy się obudziłam, byliśmy już pod Warszawą, a tata przeklinał pod nosem. Poruszaliśmy się w zawrotnym tempie 1 m/min, a korek nie wydawał się zmniejszać. Do tego doszedł jeszcze remont drogi, a więc omijanie wszelkich wybojów, maszyn i zabłąkanych robotników. Dokładnie 45 minut po zaplanowanym przyjeździe, wpadliśmy na lotnisko. Szybko zdobyłam bilet, znalazłam odprawę, zważyłam bagaż („O cholera, za dużo”), prześwietlili plecak i cóż, znów trzeba było się żegnać. Dalszą część podróży musiałam już odbyć sama...
czwartek, 2 lipca 2009
Warszawskie korki i kontrola drogowa.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz